Czytelniku..

..jeżeli odwiedzasz ten blog pierwszy raz, najlepiej będzie, jeżeli zaczniesz go czytać od najstarszego wpisu.

Życzę miłej lektury!
Kategorie wpisów

postheadericon Początek końca

To już trzeci facet w tym roku! Co jest?! Milena leży na kanapie  i wpatruje się w telewizor. Jak zrzucić 10kg w miesiąc, jak jeść i chudnąć… itd. itp. tragedia. Co za głupie dziewczyny, potem wierzą w te bzdury, pff…

Marek był kretynem, ona w łóżku dawała z siebie wszystko, a on leżał i gapił się w sufit; z resztą to ogólnie był jakiś nieprzystępny, śmiał nawet upominać ją, żeby poszła w niedziele do kościoła. Co go to obchodzi? Pierwszy wchodzi do jej sypialni, a potem wielce okazuje skruchę!

A Jarek? Hmm… w łóżku nie było zastrzeżeń. Przynosił jej lody waniliowe zawsze, gdy przechodził obok jej ulubionej kawiarni. Pisał jej wiersze, a czasem nawet śpiewał. Ona nie chciała, albo nie potrafiła być aż tak romantyczna. Właściwie to denerwowało ją to czajenie się Jarka; i tak chodziło mu tylko o jedno.

No i ostatni – Piotr. Poznała go na szkoleniu służbowym Zurychu. Byli tam jedynymi Polakami, więc musieli się jakoś wspierać nawzajem… Był taki czarujący -  nie infantylny, jak Jarek. Gdy po którejś z kolei kolacji służbowej, Milena lekko pijana zaprosiła go do swojego pokoju, przyszedł – owszem – ale rankiem dnia następnego. Nie chciałem, żebyś mną gardziła i żałowała tego, co mogłoby się stać, gdybym przyszedł wczoraj. Była w szoku, zakryła się kołdrą po szyję i nie mogła uwierzyć własnym oczom. A on ściągnął koszulę i spodnie i położył się przy niej. Tak to się zaczęło. Nie widywali się często, Piotr mieszkał dosyć daleko, ale przyjeżdżał w każdej wolnej chwili. Milena nie wiedziała, dlaczego ją zostawił; byli razem już sześć miesięcy – to jej najdłuższy związek. Może mogła go ubiec? Teraz byłoby jej lżej.  Tylko jak?! Piotr był jedyny. Kilka lat starszy od niej, znał cztery języki: niemiecki, angielski, hiszpański i rosyjski, ekonomista. Uwielbiała, gdy szeptał jej w łóżku czułości po hiszpańsku. Między nimi nie było żadnych niedomówień, tylko „tak” lub „nie”. Czasem, po jakimś wyjeździe służbowym, podrzucał jej swoje rzeczydo prania, a sam robił zakupy na kolację. Spędzali ze sobą weekend – sami – i on wyjeżdżał dalej. Wracała szara rzeczywistość na kolejne pięć dni roboczych. Ufali sobie całkowicie. Już po miesiącu znajomości, Milena była gotowa zrobić dla niego wszystko. Koniec ich związku zaczął się, gdy Milena znalazła w kieszonce jego koszuli adres pewnej strony internetowe,j podkreślony czerwonym markerem, i podpis: Baby, das ist für Dich. sehen. Piotr przyłapał ją, gdy włączała laptopa. Na biurku leżał skrawek papieru z adresem. Nie zdążyła go zapamiętać, a on podarł karteczkę w drobny mak i wyszedł trzaskając drzwiami. Zostawił koszule i spodnie w jej pralce. Milena dziwiła się, że nawet nie ma jego stacjonarnego numeru telefonu. Komórkę miał wiecznie wyłączoną. Nie rozumiała niczego. Weekendy spedzała sama w mieszkaniu i oglądała telewizję. O, nowe show – prywatne życie gwiazd. Ale żenada… Poszła po piwo i, gdy znów popatrzyła w ekran, nie mogła uwierzyć. Piotr? Co on tam robi? Piotr! Sławna niemiecka modelka Arleta jakaśtam i jej mąż… ?! Nie! Przecież to Piotr! Przecież to niemożliwe… To Piotr!

Milena nie potrzebowała aż miesiąca, żeby schodnąć 10kg. Wystarczyły jej dwa tygodnie. Nie musiała też jeść jakiś obrzydliwych – zdrowych – rzeczy. Po prostu nie jadła nic. Dziś, mająć 170cm wzrosu, waży 42kg. Co tydzień robi sobie zdjecie i wysyła mailem do Piotra.  Jest piękna i szczupła jak jego żona! A może nawet bardziej…

postheadericon Obrazy

Od początku była sama. Uważała wręcz, że jest skazana na samotność od kiedy jakiś ksiądz znalazł ją zawiniętą w pluszowy kocyk pod drzwiami kościoła z karteczką „PRZEPRASZAM”. Sama bawiła się w domu dziecka i sama była wychowywana przez adopcyjnych rodziców. Szczęśliwa, ale sama. Sama nauczyła się jeździć na rowerze i grać na gitarze. Sama zapisała się na kurs prawa jazdy, gdy tylko zebrała, samodzielnie , potrzebną kwotę. Sama także pojechała na egzamin, który zdała, jedyna w grupie, za pierwszym razem. A gdy na studiach dostała stypendium, zdecydowała samotnie pojechać do Mediolanu i tam zamieszkać. Na stałe. Samotnie. Oczywiście sama nauczyła się też włoskiego.  Teraz mieszka w Rawennie i sama na siebie zarabia. Czasem wysyła pocztówkę do przybranych rodziców z obrazem, który sama namalowała. Zastanawia się wtedy, po kim to ma? Czy sztuka malowania to talent czy przenosi się ją w genach? Jeszcze parę lat temu marzyła, że jej prawdziwy ojciec był wielkim i znanym malarzem. Nigdy nie poznała prawdy. Jej dzieła sprzedawały się całkiem nieźle, a po którejś z kolei wystawie nawet rewelacyjnie. Nie musiała szukać miłości, to uczucie pojawiało się, gdy tylko brała pędzel w dłoń.

Iza zwykle rano pije małą czarną, którą zagryza grzankami z dżemem. Myśli wtedy o tym dziwnym kraju, w którym ludzie są, można by rzec, nieokrzesani, aczkolwiek niesamowicie przyjaźni. Włosi w zabawny sposób zmiękczają jej imię. I choć wszędzie nazywa się ją Isabel, Iza stara się być po prostu Izą. Nad ranem spadł deszcz, Iza siedzi na werandzie swojego domku i wpatruje się w połyskujące krople deszczu wiszące na drzewach. Dzień jak co dzień. Dzwoni telefon. Pani prosi o namalowanie portretu, pyta czy może przyjechać. Za kilka chwil Iza wita gości – wspaniałą damę obwieszoną perłami i złotem oraz cichego, mrukliwego mężczyznę w wybornym garniturze. Po serdecznym powitaniu Iza podaje wino. Mężczyzna nie pije, prowadzi. Kobieta dziwi się skromności, w jakiej żyje „tak sławna malarka”. Z monologu damy, Iza wnioskuje, że ma sportretować jej męża. Taki portret to prezent dla męża z  okazji jego czterdziestych urodzin. Mężczyzna wydaje się być całkiem obojętny. Jutro przyjedzie sam do Izy.

Tego wieczora Iza płakała. Nie wie, dlaczego. Po prostu, siedziała w miękkim fotelu pijąc gorzkie, wytrawne wino i słuchając Dario Marianelli i płakała. Płakała bez ustanku, a łzy dodawały objętości winu w kieliszku.

Następnego dnia obudziło ją pukanie do drzwi. Iza otwiera zaspana okiennica i wyciąga się niczym kocur. Witam! – krzyczy mężczyzna stojący na podwórzu. Iza w mgnieniu  ubiera się i zbiega na dół, aby otworzyć drzwi nieznajomemu. Wczoraj jeszcze wytworny pan, zmienił się dziś w zwykłego faceta w sweterku i dżinsach. Wolałbym, żeby portret przedstawiał mnie takiego, jakim jestem. Iza wpatruje się w niego z niemałym zdziwieniem. Żona z pewnością nie widziała go rano – śmieje się w myślach. Mam na imię Marcello, miło mi Panią poznać, Pani Isabel. Mało brakowało, a Iza wybuchłaby śmiechem na to wyuczone powitanie. Po prostu Iza - poprawia mężczyznę. Dziewczyna proponuje kawę i – standardowo – grzanki. Pierwszy raz od X lat Iza nie je sama posiłku, a co więcej konsumuje je z mężczyzną, obcym do tego. Powoli nawiązuje się międy nimi rozmowa. Marcello jest prezesem agencji reklamowej, na tym stanowisku nie musi w sumie nic robić, zbiera tylko pieniądze i rozmnaża je na giełdzie. Żona zaś siedzi w ich willi i „wymyśla”. Dzieci nie mają, żona nie chce psuć figury, a poza tym zmienianie pieluch ją obrzydza. Nie mają też kota ani psa – żona jest uczulona na wszelakie zwierzęta. On zawsze marzył o psie. Czy jest szczęśliwy? Sam nie wie. Ma wszystko – pieniądze, zdrowie, piękną żonę, ogromny dom. Cóż chcieć więcej? Czasem nawet, w tajemnicy przed żoną, wpłaca datki na różnorodne akcje charytatywne. To sprawia, że nie ma poczucia winy, że żyje w przepychu  i czuje się lepszym człowiekiem. Iza dolewa tylko kawę  i słucha. Dawno nie słuchała kogoś na żywo, zwykle płyty jej wystarczały. Podczas tej rozmowy, przychodzi jej na  myśl pomysł na sportretowanie Marcella. W końcu zaczynają. Iza stara się malować powoli, żeby to trwało, jak najdłużej. Ma czas do następnego tygodnia, więc może grymasić. Poza tym, polubiła słuchać Marcella. Lubi, gdy próbuje poprawnie wymówić jej imię. Czasem nawet to mu się udaje. Kończą prace na wstępnym szkicu. Jemu się podoba. Jej także. Jutro Marcella przywiezie kierowca, chcą napić się razem wina.

Tak, najwyższa pora przejść na dietę, postanawia Iza. Zamiast porannych grzanek – musli, zamiast lasangne na kolację – marchew. To może być całkiem przyjemne… Nie jest tak, że Iza nie dba o siebie, po prostu są ważniejsze rzeczy w życiu niż wygląd. Chciałoby się spytać, dla kogo to robi? Dla siebie, to oczywiste. Kobiety zawsze wszystko robią „dla siebie”.

Powitał ją bukietem kwiatów. To jej pierwsze kwiaty. KIerowca odjechał, a Iza i Marcello zabierają się do pracy. On ustawia się w stronę światła, ona miesza farby. Dziś nie mówią już nic, nie muszą. Wszystko, co najważniejsze, zostało już powiedziane. Iza włącza gramofon i nastawia płytę Ordonówny. Kupiła ją kiedyś na bazarze, gdzieś w Polsce. Maluje… Marcello otwiera wino, potem rozpala w kominku. Iza czuje się szczęśliwa, ale nie tak jak zawsze, wyjątkowo szczęśliwa. Czasem dziwi się, że żona Marcella nigdy do niego nie dzwoni, ale on twierdzi, że dziwne by było gdyby w ogóle zadzwoniła. Iza czuje gorąco. Otwiera okno, ale to uczucie ciepła wypływa z jej wnętrza. Podczas, gdy chłodny powiew wiatru odświeża Izę, Marcello obejmuje ją z tyłu i szepce do ucha. Nigdy nie zdradził żony; nigdy nie spotkał kobiety, z którą mógłby ją zdradzić. Teraz czuje, że jego małżeństwo i tak nie ma już sensu. Ściąga z siebie koszulę, a potem sweter Izy…

Następnego ranka, bardzo wcześnie, budzi Izę dobijanie się do drzwi. Dziewczyna zbiega na dół jeszcze w szlafroku. Czy to prawda?! Pani Isabel, proszę powiedzieć, że nie zrobiła Pani tego z moim mężęm! – Iza nie potrafi nic powiedzieć żonie Marcella. Nie chce ani skłamać, ani powiedzieć podłej prawdy. Spuszcza głowę, jak małe dziecko, i czeka na karę. Kobieta ze smutkiem patrzy na Izę; w końcu mówi: On ma AIDS. Nie wiedział o tym, aż do teraz.

Iza sama jedzie do szpitala zrobić badania. Sama je czyta i sama rozpala nimi w kominku. Sama sprzedaje dom i wraca do Polski. Wszystkie oszczędności przekazuje na kosciół, w którym ją znaleziono 28 lat temu. Marcello nigdy się do niej nie odezwał.

postheadericon Rysy

Początki zawsze są trudne. Pierwszy pocałunek, pierwsze dni roku szkolego, pierwsze dni okresu, pierwszy krok, pierwsze słowo, pierwszy raz, pierwszy blog… Klara też to wiedziała, już po pierwszym spotkaniu.

Wpartywała się w rysy jego twarzy i zobaczyłą w nich siebie. Tak, Klara była bardzo podobna do ojca.

Kiedyś babcia jej to powiedziała, ale nie mogła jej wierzyć – nie miała żadnego zdjęcia do porównania. Teraz jest pewna; to jest jej ojciec. Matka nigdy nie opowiadała, a Klara nie miała prawa pytać. Dopiero w dniu osiemnastych urodzin powiedziano jej, że „ojciec odszedł jeszcze przed jej narodzinami”. I tyle. Taka odpowiedź oczywiście nie zadowoliła dziewczyny, więc nie mogąc o nic wypytywać matki, udała się do babci. Właśnie wtedy dowiedziała się, że jest do niego bardzo podobna. Znów tak mało informacji. Zapewne babcia miała zasznurowane przez matkę usta. A Klara nawet nie znała „jego” imienia ! Domyślała się, że skrzywdził jej matkę, skoro nie chce o nim mówić. Mężczyźni zawsze krzywdzą kobiety, nie ma co się oszukiwać. Marek w siódmej klasie też ją oszukał i skrzywdził. Hubert – na studiach – podobnie. Nie dziwi się matce, ale ciekawość nie daje jej spokoju. Klara postanowiła przekopać piwnicę i strych w poszukiwaniu wiadomości o ojcu, gdy tylko matka pojedzie do miasta na zakupy. Nigdy nie robiła zakupów tu, w sklepiku na wsi – zawsze wracała do miasta. Czuje, że babcia Tosia stanie tym razem po jej stronie i nie doniesie na nią. Najpierw piwnica. Albo nie, strych. Nie ma tu światła; Klara otwiera stare okno i wpuszcza świeże powietrze do zakurzonego strychu. Promienie słońca wskazują jej na pajęczyny, teraz może je zręcznie omijać. Pełno tu starych mebli i książek… a to co?
Ogromna, zgniłozielona skrzynia stała na samym końcu strychu. Blask metalu kłódki przyciąga do niej wzrok Klary. Zgarnia z pokrywy stos starych podręczników i wpatruje się w nią. Nigdy wcześniej jej tu nie widziała; przynajmniej tak się jej wydawało. O dziwo klucz był w kłódce, więc dziewczyna bez problemu otworzyła skrzynię. Unosiły się przy tym duszące chmury kurzu, tak że Klara przez moment nic nie widziała. Wyciąga pierwszy przedmiot – małą szkatułkę, w której znajduje się niezliczona ilość biżuterii. Dziwne; po co ukrywać takie rzeczy? Następnie, pokryty warstwą kurzu, album ze zdjęciami. A właściwie to fragment albumu, jego większa część była spalona, jak rozeznała Klara.  Kim jest ten mężczyna przytulający jej matkę? Zdjęcie z Sopotu, ’84 rok. Rok jej urodzin. Matka ma ogromny słomiany kapelusz, śliczną żółtą sukienkę w czerwone maki, a on, ten mężczyzna, marynarską czapkę i wielki tatuaż na prawym przedramieniu. Oboje uśmiechnięci, szczęśliwi… Klara nie może znaleźć tego mężczyzny na pozostałych zdjęciach. Odrzuca album i wyciąga plik  wziązanych muliną listów. Część z nich jest nadpalona. Otwiera ten będący w najlepszym stanie. Kolejne utrudnienie – większy fragment jest czymś zalany, atrament się rozmazał. Klara czyta urywki – Kochana Mario – to list do jej matki - Wypływam niebawem na południe, przez cieśniny duńskie… – zamazane całkowicie – …pisał w każdej wolnej chwili, w każdym… – teraz plama z wina – Wybacz, nie chciałem znów Cię zawieść. Jestem pewnien, że poradzisz sobie… - zamazane ! i dbaj o nasze dziecko. Kocham Cię i zawsze będę. J… Klara usiadła opierając plecy o skrzynię. Niemożliwe…. tyle lat, a wystarczyło 5 minut, że dowiedzieć się… Dowiedzieć się prawdy. Dziewczyna ponownie patrzy na zdjęcie jej matki z tym mężczyzną. To on! To musi być on! Tato…? Reszta listów potwierdziła jej podejrzenia. Dziewczyna nawet nie zorientowała się, jak długo już tu siedzi. Z zamyślenia wyrwały ją czyjeś kroki. To była matka. Wpadła w szał, gdy tylko zobaczyła córkę ze zdjęciem w dłoni i porozrzucanymi naokoło listami. Klara wyszła nie pytając o nic. Postanowiła jak najszybciej wrócić do Wrocławia; wiedziała, że matka byłaby nieznośna, gdyby miała tu zostać dłużej. Części ubrań nawet nie zdążyła jeszcze wypakować. Idzie pożegnać się z babcią, wyjaśniając, że potrzebują jej w pracy. Nie prosi matki o podwiezienie na stację kolejową. Sąsiad, który jedzie akurat w tę stronę,  z chęcią ją podwiezie.  Matka  jest niespokojnym duchem, dziewczyna zawsze o tym wiedziała. Klara uważa matkę za wzór kobiecości, za kobietę piękną, ambitną i dążącą do celu… po trupach. To dla niej Klara poszła na medycynę, chociaż gdy przyszło do wybierania specjalizacji matka zawiodła się na córce. Klara postanowiła zostać lekarzem sądowym zamiast kardiologiem czy chirurgiem. Nie wie czy matka kiedykolwiek zaakceptuje jej decyzję.  Była za bardzo jej własna, zwykle to matka wybierała jej szkoły i zainteresowania. I choć pozwoliła jej mieszkać we Wrocławiu, to nigdy nie przestała kontrolować. Wreszcie cisza i spokój. Nie ma to jak swój własny kąt. Klara otwiera walizkę i nie wierzy w to, co widzi…

Jan Potocki, Drezno, Annenstrasse 15, 764357300

Chciałaby zadzwonić do matki, ale dobrze wie, że najlepszym podziękowaniem będzie milczenie.

Właśnie tak znalazła się pierwszy raz w życiu w Niemczech, na pierwszym spotkaniu z ojcem. Kto pierwszy się odezwie? Ojciec z równą ciekawością wpatrywał się w Klarę. W córkę. Ona boi się zapytać, on – przeprosić. Klara widzi, że ojciec nie jest w najlepszym stanie – blady i smutny, ciężko łapie oddech. Kelner podchodzi w końcu do ich stolika z prośbą o zamówienie. Ojciec bez pytania zamawia „najlepsze wino jakie tutaj macie”, a co do jedzenia to „jeszcze się zastanowimy”. Pierwszy raz usłyszała jego głos, był miękki, ale poważny i taki… smutny.  Podano wino. Oboje wzięli kieliszki w dłonie. Jesteś taka podobna… – do Ciebie - Klara nie pozoliła mu skończyć. Wypili. Dłoń ojca drżała, ale wypił jeszcze łyk i zaczął: Nie wiem jaką znasz wersję, ale wiem, że na pewno nie tą prawdziwą. Dziewczynie zaschło w gardle. Postanowiła milczeć i panować nad zdenerwowaniem. Nie wiem, czy znasz takie szczegóły, ale poznałem Twoją matkę w Sopocie w ’84 roku. Zakochałem się bez pamięci. Ona z resztą też, a przynajmniej tak mi się wydawało. To nie był jakiś tam wakacyjny romans. Jak to w ogóle brzmi?! Ta miłość nie skończyła się na tamtych wakacjach. Klara zdążyła wypić swoje wino, ukradkiem prosi kelnera o jeszcze. Trochę nie może uwierzyć, że jej matka kochała kiedykolwiek jakiegoś mężczyznę; przecież ona mogłaby być dowódcą feministek, a nie wrażliwą romantyczką, do tego jeszcze zakochaną w jakimś tam marynarzu, biednym do tego. Gdyby ni to podobieństwo do ojca, byłaby gotowa pomyśleć, że matka pomyliła adresy. Pisałem listy, gdy tylko znalazłem się w jakimś porcie. W środku rejsu dostałem ataku serca i …. no nieważne. Kapitan rozkazał mi wrócić. Nie miałem wyjścia. Byłem taki młody,  nie dopuszczałem do siebie myśli, że w ogóle mogę być chory! Po powrocie postanowiłem odwiedzić Twoją matkę, a potem zaciągnąć się do pracy, do innego portu. Nie mogłem żyć bez morza. Ojciec pije wino i łapie oddech. Klara wpatruje się po kolei w każdą jego zmarszczkę, w nos, oczy i usta. Wciąż nie może uwierzyć, że jest z ojcem. Kelner prosi o złożenie zamówienia. Oboje, bez namysłu, zamawiają łososia z surówkami i wino. Gdy przyjechałem do Twojej matki, oczywiście bez zapowiedzi, bo chciałem zrobić jej niespodziankę… pamiętam, ze przywiozłem jej wtedy prawdziwą perłę…, była dziwnie spięta. Pamiętam to jak dziś. Niedługo miałaś pojawić się na świecie, więc może dlatego. Bardzo się ucieszyła, kiedy zaproponowałem jej wspólne mieszkanie na wybrzeżu. Spędziliśmy kilka dni razem i wyjechałem. Podczas kolejnego rejsu atak złapał mnie przy wybrzeżu Ameryki Południowej, już odpływaliśmy do Polski, gdy nagle okazało się, że muszę tam zostać. W szpitalu. Podano obiad. Zjedzmy – zasugerował - na pewno jesteś głodna po podróży. Klara kiwnęła tylko głową.  Powiedzieli mi, że mam przewlekłe zapalenie mięśnia sercowego wraz z niedociśnieniem tętniczym. Napisałem o tym Twojej matce w długim liście. To był ostatni list, na który odpowiedziała. Spędziłem kilka lat w Stanach na leczeniu, gdyż nie pozwolono mi wyruszać w tak daleką podróż. Nie wiem, czy Maria mi nie wierzyła, czy nie chciała wierzyć. Gdy wrociłem po kilku latach i pojechałem do niej, to znaczy do Was, zastałem obcych ludzi. Wyprowadziliście się. Nie wiedziałem dokąd, nie wiedziałem czy jesteście same czy z kimś. Nawet nie miałem Twojego zdjęcia. Klara zupełnie nie wiedziała co powiedzieć. Może gdyby jej matka zaufała jej ojcu to dziś byliby szczęśliwą rodziną?

postheadericon W malinowym…

* * *

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie — oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.
* * *

Śledzą nas… Okradają z ścieżek i ustroni,
Z trudem przez nas wykrytych. Gniew nasz w słońcu pała!
Spieszno nam do łez szczęścia, do tchów naszych woni,
Chcemy pieszczot próbować, poznawać swe ciała.

Więc na przekór przeszkodom źrenicą bezradną
Chłoniemy się nawzajem, niby dwa bezdroża,
A gdy powiek znużonych kotary opadną,
Czujemy, żeśmy wyszli z uścisków i z łoża.

Nikt tak nigdy nie patrzał, nie bywał tak blady,
I nikt do dna rozkoszy ciałem tak nie dotarł,
I nie nurzał swych pieszczot bezdomnej gromady
W takim łożu, pod strażą takich czujnych kotar!
* * *

Taka cisza w ogrodzie, że się jej nie oprze
Żaden szelest, co chętnie taje w niej i ginie.
Czerwieniata wiewiórka skacze po sośninie,
Żółty motyl się chwieje na złotawym koprze.

Z własnej woli, ze śpiewnym u celu łoskotem
Z jabłoni na murawę spada jabłko białe,
Łamiąc w drodze kolejno gałęzie spróchniałe,
Co w ślad za nim — spóźnione — opadają potem.

Chwytasz owoc, zanurzasz w nim zęby na zwiady
I podajesz mym ustom z miłosnym pośpiechem,
A ja gryzę i chłonę twoich zębów ślady,
Zębów, które niezwłocznie odsłaniasz ze śmiechem.
* * *

Hasło nasze ma dla nas swe dzieje tajemne:
Lampa, gdy noc już zdąży świat mrokiem owionąć,
Winna zgasnąć w tej szybie, a w tamtej zapłonąć.
Na znak ten oddech tracę. Już schody są ciemne.

Czekasz z dłonią na klamce i, gdy drzwi otwiera,
Tulę tę dłoń, co jeszcze ma chłód klamki w sobie,
A ty w zamian przyciskasz moje ręce obie
Do serca, które zawsze u drzwi obumiera.

Wchodzę ciszkiem, jak gdyby krok każdy knuł zbrodnię,
Między sprzęty, co dla mnie są sprzętami czarów.
Sama ścielesz swe łóżko według swych zamiarów,
By szczęściu i pieszczotom było w nim wygodnie.

I zazwyczaj dopóty milczymy oboje,
Dopóki nie dopełnisz podjętego trudu.
Ileż w dłoniach twych pieczy, miłości i cudu!
Kocham je, kocham za to, że piękne, że twoje.
* * *

Zazdrość moja bezsilnie po łożu się miota:
Kto całował twe piersi, jak ja, po kryjomu?
Czy jest wśród twoich pieszczot choć jedna pieszczota,
Której, prócz mnie, nie dałaś nigdy i nikomu?

Gniewu mego łza twoja wówczas nie ostudzi!
Poniżam dumę ciała i uczuć przepychy,
A ty mi odpowiadasz, żem marny i lichy,
Podobny do tysiąca obrzydłych ci ludzi.

I wymykasz się naga. W przyległym pokoju
We własnym się po chwili zaprzepaszczasz łkaniu,
I wiem, że na skleconym bezładnie posłaniu
Leżysz, jak topielica na twardym dnie zdroju.

Biegnę tam. Łkania milkną. Cisza, niby w grobie.
Zwinięta, na kształt węża, z bólu i rozpaczy
Nie dajesz znaku życia — jeno konasz raczej,
Aż znienacka za dłoń mię pociągasz ku sobie.

Jakże łzami przemokłą, znużoną po walce
Dźwigam z nurtów pościeli w ramiona obłędne!
A nóg twych rozemknione pieszczotami palce
Jakże drogie mym ustom i jakże niezbędne!
* * *

Z dłońmi tak splecionymi, jakbyś, klęcząc, spała,
W niedostępne mym oczom wpatrzona widzenie,
Płaczesz przez sen i wstrząsem wylękłego ciała
Błagasz o nagłą pomoc, o rychłe zbawienie.

Jeszcze płaczu niesytą do piersi cię tulę,
A ty goisz się we mnie, niby lgnąca rana,
A ja płacz twój całuję, biodra i kolana
I ramię i zsuniętą z ramienia koszulę.

Lecz, karmiony ust twoich spłakanym oddechem,
Nie pytam o treść widzeń. Dopiero z porania
Zadaję ciemną nocą tłumione pytania.
Odpowiadasz bezładnie — ja słucham z uśmiechem.
* * *

Wyszło z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocze,
Spłodzone samo przez się w sennej bezzadumie.
Nie oswojone z niebem, patrzy w podobłocze
I węszy świat, którego nie zna, nie rozumie.

Swym cielskiem kostropatym kąpie się w kałuży,
Co nęci, jak ożywczych jadów pełna misa,
Czołgliwymi mackami krew z kwiatów wysysa
I ciekliną swych mętów po ziemi się smuży.

Zwierzę, co trwać nie zdoła zbyt długo na świecie,
Bo wszystko wokół tchnieniem zatruwa i gasi,
Lecz gdy ty białą dłonią głaszczesz je po grzbiecie,
Ono, mrucząc, do stóp twych korzy się i łasi.
* * *

Czasami mojej ślepej posłuszny ochocie
Pragnę w tobie mieć czujną na byle skinienie
Sługę, co pieszczotami gasi me pragnienie,
A ty jesteś tak zmyślna i zwinna w pieszczocie!

Gdy twój warkocz, jak w słońcu wybujałe ziele,
Tchem rozwartych ogrodów mą duszę owionie,
Głowę twą, niby puchar, ujmuję w swe dłonie
I wargami w ślad dreszczu prowadzę po ciele.

I raduję się, śledząc tę wargę, jak zmierza
Do mej piersi kosmatej, widnej w niedomroczu,
W której marzę pierś w lesie ryczącego zwierza
I staram się, gdy pieścisz, nie tracić go z oczu.
* * *

Ty pierwej mgły dosięgasz, ja za tobą w ślady
Zdążam, by się w tym samym zaprzepaścić lesie,
I tropiąc twoją bladość, sam się staję blady,
I zdybawszy twój bezkres, sam ginę w bezkresie.

A potem wzieram w oczy, by zgadnąć, czy dość ci
Omdlenia, co się nogom udziela, jak szczęście,
I twe dłonie, jak w pąki, mnę w zdrobniałe pięście,
By się w nich docałować twych chrząstek i kości.

A one wypukleją na dłoni przegibie,
Niby pestki owoców, zróżowionych znojem,
I nieśmiałym do ust mych garną się wyrojem,
Zatajone w swej ciepłej od pieszczot siedzibie.

Ich dotyk budzi wzruszeń zaniedbanych krocie,
A ty, tuląc je w warg mych rozrzewnioną ciszę,
Dziecinniejesz w uścisku, malejesz w pieszczocie,
Chwila — a już cię do snu z lat dawnych kołyszę.
* * *

Zazdrośnicy daremnie chcą pochlebić pierwsi
Czarom, skrytym w twym ciele z moją o nich wiedzą!
Oczy, co się rzęsami nie tknęły twych piersi,
Czyliż pustym domysłem te czary wyśledzą?

Kto w chwili pocałunków nie zagrzał swej dłoni
Na twych bioder nawrzałej żądzą przegięcinie,
Nie potrafi określić upojeń tej woni,
Co z ciebie, jako z róży, snem potartej, płynie.

Kto ustami w nóg twoich nie wdumał się dreszcze,
Nigdy dość nie wysłowi twych oczu omdlenia,
A choćby je dzień cały badał bez wytchnienia,
Nie wypatrzy z nich tego, co ja z nich wypieszczę!
* * *

Zmienionaż po rozłące? O nie, nie zmieniona!
Lecz jakiś kwiat z twych włosów zbiegł do stóp ołtarzy,
A choć brak tego zbiega nie skalał twej twarzy,
Serce me w tajemnicy przed twym sercem kona…

Dusza twoja śmie marzyć, że w gwiezdne zamiecie
Wdumana, będzie trwała raz jeszcze i jeszcze —
Lecz ciało? Któż pomyśli o nim we wszechświecie,
Prócz mnie, co tak w nie wierzę i kocham i pieszczę?

I gdy ty, szepcząc słowa, w ust zrodzone znoju,
Dajesz pieszczotom ujście w tym szepcie, co pała,
Ja, zamilkły wargami u piersi twych zdroju,
Modlę się do twojego nieśmiertelność ciała.

ze zbioru Łąka
Bolesław Leśmian

postheadericon Witaj!

Witaj w Malinowym Chruśniaku!

Kalendarz wpisów
Maj 2012
P W Ś C P S N
« wrz    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  
Archiwum
stat4u